Bohaterski Oluś – Z pamiętnika mamy cz.2

1 marca 2011 roku

OPERACJA
Telefonicznie otrzymaliśmy instrukcje co do godziny operacji oraz czasu, od którego nie wolno było podawać dziecku jeść ani pić. Nie było z tym kłopotu, ponieważ Oluś sprawiał wrażenie bardzo chorego, miał odruchy wymiotne, odmawiał jedzenia i picia, nawet zaczął kaszleć. Byłam lekko podirytowana stanem rzeczy, przecież nie można operować chorego dziecka. Dodatkowo Oluś zaczął nagminnie siusiać. Chodziliśmy do toalety 5 razy na godzinę. Wiedziałam, ze to może być wywołane stresem jaki przeżył po otrzymaniu dawki informacji na temat czekającej go operacji. Uważam, że lepiej byłoby gdyby tego wszystkiego wcześniej nie słyszał. Rano, gdy wstaliśmy mówiłam Olusiowi, że szykujemy się do szpitala na badania. Ani razu nie padło słowo – operacja. Olek to inteligentny chłopiec, więc doskonale czuł powagę sytuacji. Mimo wszystko trzymałam się dzielnie nie dając po sobie poznać, że to dla mnie tez trudna sytuacja. O 9.30 byliśmy już w szpitalu z najważniejszym atrybutem tego dnia – misiem Skyem.

Olus przed operacjaOluś i jego misiu Sky parę minut przed operacją

Po zameldowaniu się na oddziale operacyjnym, otrzymaliśmy naklejki identyfikacyjne, Olusiowi natomiast załozono oraz zostaliśmy przeprowadzeniu do pokoju badań. Odpowiedziałam tam na kolejne pytania dotyczące aktualnego stanu zdrowia dziecka. Oluś osłuchowo był czysty, miał jednak brzydki gardłowy kaszel, dlatego decyzja o operacji stała pod znakiem zapytania. Po kolejnych badaniach ciśnienia krwi i innych przyszła do nas pani anestezjolog opowiadając o metodzie podawania narkozy oraz o możliwych powikłaniach pooperacyjnych z inkubowaniem dziecka włącznie ze względu na jego kaszel. Ewa tym razem nie tłumaczyła szczegółów, aby Oluś nie czuł strachu.

Potem przyszła pani z nową piżamką dla Olusia i poprosiła, aby się przebrał. Nieszczególnie podobała mu się podomka w rybki, śmialiśmy się, że wygląda jak akwarium.

 

Oluś z nietęgą miną przygotowany do operacjiOluś z nietęgą miną przygotowany do operacji

Żeby odwrócić jego uwagę zaczęłam opowiadać mu bajkę, trudno było mi zebrać myśli, sama potrzebowałam pomocy… I z nieoczekiwaną pomocą przyszedł mi pan Tyler (odpowiedzialny za zabawy z dziećmi w przepięknej sali zabaw w szpitalu), który wraz ze swoim ipad-em zamierzał Olusiowi opowiedzieć o tym, co go czeka podczas operacji oraz w szpitalu po operacji. Obie z Ewą stwierdziliśmy, że bardzo chętnie może mu poopowiadać i pokazać zdjęcia, ale powinien pominąć temat samej operację. I tak też się stało. Szybko upłynął Olusiowi czas w tak miłym towarzystwie, do momentu podania mu tzw. „głupiego Jasia”.

 

 

 

 

Olek z mamą i panem Tyler-emOlek z mamą i panem Tyler-em

Dla mnie był to sygnał, że wszystko się zaczyna, dla Olusia natomiast śmieszna chwila, bo po wypiciu lekarstwa rozluźnił się, uspokoił i nawet zaczął się głośno śmiać. Przez tę chwilę czuł się świetnie. Parę minut później w naszym pokoiku pojawiło się wiele osób ubranych od stóp do głów w stroje do operacji, dali mi znak, że już czas na pożegnanie. Nogi się pode mną ugięły… łzy same napłynęły do oczu… nie mogła wykrztusić słowa… zdążyłam go tylko pobłogosławić, ucałować… wzięłam go za rękę i odprowadziłam do drzwi bloku operacyjnego. Tam ucałowałam go mocno i… rozbeczałam się widząc jak jemu zatrzęsła się broda…

Oluś w drodze na salę operacyjnąOluś w drodze na salę operacyjną

Wiedziałam, że teraz nic już nie zależy ode mnie, wszystko w rękach Boga… Dlatego jak tylko dotarłam roztrzęsiona do Ewy i przeszłyśmy do przytulnego pokoju oczekiwania na informacje z sali operacyjnej, uklęknęłyśmy razem na kolana i zaczęłyśmy się modlić. I to była dla mnie ta nieopisana chwila, w której Ewa okazała się kimś więcej niż tylko tłumaczem… Była godzina 12.00 kiedy zadzwonił telefon z informacją, że przygotowania przebiegły pomyślnie i zaczynają operację. W tym czasie połączyłam się z rodziną w Polsce przez internet na Skype. Wszyscy ogromnie przeżywali te chwile niepewności. Próbowali mnie pocieszać i dodawać otuchy. Mój mąż Tomek przeczytał mi dziesiątki sms – ów od znajomych i rodziny ze słowami zapewnienia włączenia się w modlitwę za Olusia i powodzenie operacji. Rzeczywiście nie czułam się sama, ani samotna, cały lęk umknął. Wiedziałam, że sama operacja, zgodnie z informacjami od Dr Parka, miała trwać od 3-4 godzin, po półtorej godziny czekaliśmy na kolejny telefon z sali operacyjnej, ale jakoś nikt nie dzwonił. Lekko zaczęłam przebierać nogami ze zdenerwowania i dopiero po dwóch godzinach otrzymałyśmy wiadomość, że już jest po operacji, że wszystko przebiegło niezwykle szybko i precyzyjnie i że dziecko jest już zaszywane. Coś niepojętego, jaka wielka ulga!!! Tempo operacji było zatrważające bo dokładnie o 14.30 do naszego pokoiku wszedł uśmiechnięty Dr Park z informacją, że poszło znakomicie i że parę minut będziemy mogli zobaczyć Olusia. Pakowałam się w locie… Ewa przygotowywała mnie na pierwsze wrażenie. Mówiła że dziecko może być opuchnięte i może wyglądać nieciekawie. Było mi już wszystko jedno, chciałam jak najszybciej go zobaczyć.

Oluś po wybudzeniuOluś chwilkę po wybudzeniu

Pobiegłyśmy do pomieszczenia zwanego Recovery Area, gdzie wybudzono Olusia i monitorowano non stop przez dwie godziny jego parametry. Wzięłam go za rękę i zaczęłam do niego mówić. Otworzył oczy, a chwilę później mówił z trudnością, ale przytomnie o tym „głupim Jasiu”, którego dostał, a którego pamiętał jako ostatnie zdarzenie przed zaśnięciem. Żadna z czarnych prognoz się nie sprawdziła, Oluś nie potrzebował rury intubacyjnej i pięknie wyglądał, jakby dopiero się przebudził ze snu. Odetchnęłam z ulgą. Byłam cały czas na bieżąco informowana i mogłam być ze swoim dzieckiem natychmiast po operacji, nie potrzebowałam nic więcej.
Przy łóżku Olusia zastaliśmy przemiłą panią pielęgniarkę z Bośni – Hasima, która odpowiadała na wszystkie zadawane pytania i bardzo nas uspokajała. Niesamowitym odkryciem było to, że ta kobieta przez osiem lat pracowała i mieszkała w Niemczech, a że jestem tłumaczem języka niemieckiego, sprawiła mi olbrzymią radość rozmawiając ze mną po niemiecku. Obie stwierdziłyśmy, że to „Palec Boży”, bo mogłam osobiście i bezpośrednio z pierwszej ręki dowiedzieć się stanie zdrowia własnego dziecka.

Oluś i HasimaOluś i Hasima

Po chwili wytchnienia otrzymaliśmy informację, że zwolniło się miejsce na intensywnej terapii i mogliśmy przejechać piętro wyżej. Nie odstępowaliśmy dziecka na krok. Otrzymaliśmy śliczny pokoik na intensywnej terapii z fajnym rozkładanym fotelem dla mamy do spania. Poza tym prezenty w postaci białego misia i kocyka dla Olusia oraz paczki z różnymi przyborami toaletowymi dla mamy. Było to dla mnie olbrzymim zaskoczeniem z jaką troską podchodzą tutaj do pacjenta ale i do jego rodziny. Byłam informowana na bieżąco o stanie zdrowia dziecka, o tym jakie lekarstwa ma podawane i jakie mogą być objawy po operacji. Myślałam, że jestem przygotowana już na wszystko, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Późnym wieczorem, kiedy Ewa mnie już opuściła i zostałam sama z moim pokaleczonym angielskim, obserwowałam co robią pielęgniarki, kiedy mały się budził mówiłam do niego, podawałam mu do ust kostki lodu, całowałam i przytulałam. Gdzieś koło godziny 3.00 w nocy jedna z pielęgniarek robiła Olusiowi test na czucie. Rączki działały bez zarzutów, ale Oluś wyraźnie nic nie czuł na nóżkach. Pielęgniarka łaskotała go w stopy, drapała, podszczypywała a on w ogóle nie reagował, mało tego mówił, że w ogóle nie czuje dotyku. Zdenerwowana pielęgniarka wzięła kostki lodu i zrobiła test z dotykiem zimnymi kostkami lodu po skórze nóg. Oluś nadal twierdził, że nic nie czuje a nogi wcale nie reagowały. Czułam, że serce wyrywa mi się z piersi z rozpaczy. Patrząc w oczy pielęgniarki i widząc jej przerażenie byłam bliska zawału serca. Wybiegła z sali i wykonała telefon. Natychmiast pojawiła się jakaś przełożona pielęgniarka i po krótkim wywiadzie ze mną próbowała mi wyjaśnić, że takie rzeczy się zdarzają, mówi łado mnie przynajmniej 20 min, nie wiem, czy coś rozumiałam, ale poczułam się nieco uspokojona, tym bardziej, że w trakcie rozmowy Oluś nagle niespodziewanie podniósł obie nogi do góry. Kamień spadł mi z serca, ale uczucie zagrożenia jeszcze nie minęło. Dopiero po przyjściu lekarza, który jeszcze raz uspokajał mnie mówiąc, że to są normalne objawy i że gdyby pani pielęgniarka zrobiła Olkowi test na czucie parę minut później to prawdopodobnie wcale nie wychwyciłaby tego momentu braku czucia. Noc minęła bardzo pracowicie, Oluś budził się i zasypiał po podaniu walium, czasami spadała mu saturacja, wtedy Oluś musiał dmuchać w takie urządzenie do wymuszenia lepszej wentylacji płuc.

Nad ranem mogłam z nim już porozmawiać, mówił, że przeszkadza mu cewnik, dlatego po wizycie porannej lekarzy usunięto go i zadecydowano, że możemy przenieść się na oddział pooperacyjny na kolejne 4 dni. Zanim to się stało mieliśmy nieoczekiwanego gościa, wielkiego, czarnego psa wodołaza, który przychodził do chorych dzieci z wyjątkowym pocieszenie. Oluś był zachwycony, szczególnie imieniem psa, bo miał takie jak jego siostra – Olivia.

Share!